O „lapsusie” i konsekwencjach

Wiele już powiedziano o tzw. „lapsusie” abpa Michalika. Nie chcę powtarzać innych głosów, ale dołączam się do oburzenia. Chciałbym jednak dodać niżej parę uwag, które w znanych mi głosach się nie pojawiły.

Abp Michalik przepraszał i tłumaczył, że powiedział, co powiedział, bo myślami był gdzie indziej, tj. na zebraniu Konferencji Episkopatu. Zauważmy jednak, że tematem tego zebrania była właśnie sprawa pedofilii wśród duchownych. Czyli pytanie dziennikarzy – i odpowiedź biskupa – dotyczyła dokładnie tematu zebrania, czyli dokładnie tego o czym abp Michalik myślał, gdy został zagadnięty przez dziennikarzy. Wniosek stąd taki, że

(I) Albo abp Michalik był przygotowany do zebrania i jego wypowiedź ujawniła jego przygotowanie do tematu – koszmar, świadczący o tym, że abp Michalik w ogóle nie nadaje się do pełnienia funkcji biskupa. Powinien zrezygnować lub zostać jak najszybciej odwołany.

(II) Albo abp Michalik w ogóle się nie przygotował do zebrania, czyli lekceważy arcyważną sprawę, nie spełnia swoich obowiązków przewodniczącego KE i – jak sądzę – także biskupa diecezjalnego. Nie powinien pełnić funkcji przewodniczącego KE i raczej nie nadaje się na biskupa diecezjalnego – powinien zrezygnować lub zostać odwołany.

Wierzę w Boginię, Matkę wszechmogącą…

Przy lekturze znajdującego się w najnowszym numerze „Tygodnika” artykułu o pobożności maryjnej uderzyła mnie myśl, jak bardzo ludowy kult maryjny w różnych częściach świata bliski jest kultowi Bogini.

Ubóstwianie Marii jest, oczywiście, jawną herezją i teologowie katoliccy co rusz podkreślają błędność tej postawy oraz próbują wytyczyć właściwe ramy katolickiego kultu maryjnego. Niemniej jednak warto rozważyć, czy owo ubóstwianie Matki Jezusa nie jest przejawem głębokiej i słusznej intuicji religijnej. Intuicja ta podpowiada, iż Rzeczywistość Boska przekracza granice płci – z jednej strony nie jest ani męska, ani żeńska, z drugiej zaś strony zawiera w sobie oba te pierwiastki. Opisywanie zatem Boga jedynie w kategoriach męskich (jak ma to miejsce w przeważających nurtach tradycji judeo-chrześcijańskiej) jest niedopuszczalną redukcją. Słuszna intuicja religijna nie może się z tą redukcją pogodzić i „uzupełnia” sferę Boskości o pierwiastek żeński – np. ubóstwiając de facto Marię.

Tu znów teologowie mogliby się wtrącić i przypomnieć, że w tradycji biblijnej można odnaleźć także żeńskie obrazy Boga. Tak np. Józef Ratzinger zwracał uwagę w jednym ze swoich dzieł, że odnoszony do Boga Ojca obraz rodzica noszącego w swoim łonie dziecko i rodzącego je, jest właściwie obrazem macierzyństwa – a zatem, że Ojciec posiada jawne cechy Matki.

Przypomnienia teologów są prawdziwe, ale… Ale jednak obrazy męskie na tyle dominują w języku o Bogu i do Boga, że ów aspekt żeński znika – i domaga się uzupełnienia. Dlatego może warto od czasu do czasu wypowiadać (choćby prywatnie) Credo w nieco zmienionej formie: „Wierzę w Boginię, Matkę wszechmogącą, Stworzycielkę nieba i ziemi…” oraz modlić się modlitwą pańską zaczynającą się od słów: „Matko nasza, która jesteś w niebie, święć się imię Twoje…”

 

 

 

 

 

 

podmiotowość wspólnoty Kościoła?

Jednym z istotnych aspektów „sprawy ks. Lemańskiego” jest ujawniający się głęboki klerykalizm instytucji kościelnych w Polsce. Celowo nie piszę „polskiego Kościoła”, gdyż właśnie ten klerykalizm sprawił, iż wspólnota Kościoła, którą odwołanie ks. Lemańskiego dotknie najbardziej – tj. wspólnota parafialna w Jasienicy – została praktycznie pozbawiona głosu w procesie decyzyjnym. Nie mówię tylko o pojawiających się w mediach głosach, że ks. Lemański niepotrzebnie włącza w tę kwestię swoich parafian (choć są to głosy absurdalne – traktują bowiem dorosłych, zaangażowanych chrześcijan jak dzieci, których należy trzymać jak najdalej od kłótni dorosłych, choćby nawet kłotnia ta dotyczyła ich bezpośrednio).
Jeszcze bardziej ów arogancki klerykalizm ujawnił się w wypowiedzi księdza przysłanego z warszawsko-praskiej kurii, by przejął parafię. Na stwierdzenie ks.Lemańskiego, iż zaprasza w dniu następnym, by przekazanie dokonało się w obecności Rady Parafialnej, odpowiedział, że ponieważ ks. Lemański już nie jest proboszczem, powołana przez niego Rada Parafialna została rozwiązana – więc propozycja ks. Lemańskiego nie ma sensu. Być może miał rację z punkty prawa kanonicznego. Ale to tym gorzej dla prawa – jeśli bowiem ów ksiądz miał rację, pokazuje to, jak bardzo nie-podmiotowo prawo kanoniczne traktuje parafian. Zwróćmy jednak uwagę, co ta wypowiedź ujawnia niezależnie od kwestii prawnych: że zaangażowani członkowie parafii, reprezentujący całą wspólnotę nie mają w mniemaniu kurii (i biskupa?) właściwie nic do gadania, ani nawet nie warto, by byli obecni przy przekazaniu parafii administratorowi. To powinno być oczywiste, że takie wydarzenie, zwłaszcza w takim kontekście, nie może się odbyć bez najbardziej zaintersowanych – tj. bez wspólnoty Kościoła, a przynajmniej bez jej przedstawicieli. Klerykalizm naszych kościelnych instytucji jest przerażający.
Całe szczęście, że – jak pokazuje zaangażowanie jasienickich parafian – Lud Boży się budzi.

spoiwo Kościoła

Rada Ruchów i Stowarzyszeń Katolickich Diecezji Warszawsko-Praskiej wystosowała list poparcia dla abpa Hosera. List jest otwarty, ale adresatem jest najczcigodniejsza ekscelencja, ojciec i pasterz.
Z listu wynika, że rada jest świadoma „że tym, co najtrwalej scala wspólnotę Kościoła jest wewnętrzna jedność, zbudowana na szacunku i posłuszeństwie.” Dlatego Rada protesuje przeciwko wszelkim działaniom, które podważają „fundamentalną zasadę, jaką jest autorytet pasterza i włodarza Kościoła partykularnego”.
A ja – naiwny! – myślałem, że fundamentalną zasadą, która najtrwalej scala wspólnotę Kościoła i tworzy wewnętrzną jedność, jest „miłość Boża rozlana w sercach naszych przez Ducha”. No i nie wiedziałem, że Oblubienica Chrystusa ma włodarza.

jeden-trzy-nic i bezwzględne miłosierdzie

W niedawnym tekście, który ukazał się w „Tygodniku” na zesłanie Ducha, pisałem o bezwzględnym miłosierdziu z jakim Jezus doprowadza Samarytankę do konfrontacji z jej wewnętrzną prawdą. Tuż przed drukiem ktoś w redakcji wyciął z tekstu przymiotnik „bezwzlędne”. Być może nie pasował mu do miłosierdzia. Przyznaję – w przypadku ludzkiego miłosierdzia bezwzględność nie jest jakością, która by pasowała. Lecz warto pamiętać, że gdy przypisujemy Bogu jakąkolwiek cechę, wówczas to, co rozumiemy i mamy na myśli, zupełnie się do Niego nie stosuje. Nawet jeśli, jak w przypadku Samarytanki, nasza mowa jest intepretacją doświadczenia Boga – doświadczenie takie może (a może i powinno) rozrywać nasze kategorie myślenia. Stąd w języku religijnym oksymorony i paradoksy. Zapewne sformułowanie „bezwzględne miłosierdzie” ma coś z oksymoronu. Czyż jednak nie doświadczamy nieraz bezwzględności Boga, która JEST jednocześnie miłosierdziem?

Fundamentem chrześcijaństwa jest paradoks. Świętujemy go dzisiaj – gdy piszę te słowa jest jeszcze niedziela Trójcy Świętej. Myślimy czasem, że chrześcijaństwo proponuje tu rozwiniętą, wyrafinowaną pojęciowo doktrynę, system. Naprawdę wielcy teologowie zdawali sobie sprawę, że jest przeciwnie. Jak ujął to św. Augustyn w swoim dziele „O Trójcy”:  „Gdy jednak pytamy: Co za Trzej? – wówczas język ludzki zmaga się z wielkimi trudnościami. Odpowiada się wprawdzie: ‘Trzy Osoby’, ale mówi się tak nie tyle po to, żeby je wyrazić, ile raczej dlatego, żeby nie pozostać nic nie powiedziawszy”.

Jeden Bóg, trzy osoby. Mówimy tak. Ale ten sam Augustyn za innymi Ojcami Kościoła mawiał, że w przypadku Boga liczenie nie ma sensu. A zatem ani jeden, ani trzy. Zatem nie doktryna, lecz raczej koan zatrzymujący myślenie.

Zatem: Co? Niektórzy (Pseudo-Dionizy, Eriugena, Eckhart, Tomasz z Akwinu, Kuzańczyk) powiedzieli by: Nic. I z wiarą, na Nic postawili całe swoje życie.

 

 

Wiara bez praktyk religijnych?

W znajdującym się w Apokalipsie opisie „Nowego Jeruzalem”, tj. rzeczywistości w pełni zbawionej, znajduje się intrygujące zdanie: „a świątyni w nim nie dojrzałem, bo jego świątynią jest Pan, Bóg wszechmogący i Baranek” (Ap 21, 22).

Paweł zaś pisze: „nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17) i „wszystko czyńcie na chwałę Bożą” (1 Kor 10, 31). Jako uzasadnienie zaś mógłby powtórzyć swoje słowa z Areopagu: „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 27).

Podobnie Jan, w swojej Ewangelii przytacza słowa Jezusa, który poucza Samarytankę, iż „oto nadchodzi godzina, w której ani na tej górze [tj. górze Gerazim, świętej górze Samarytan), ani w Jerozolimie, nie będziecie czcili Ojca” (J 4, 21), gdyż „Bóg jest duchem, potrzeba więc, Jego czciciele czcili go duchu i prawdzie” (J 4, 24).

Fragmenty powyższe układają się w pewną całość. Przenika je świadomość wszechobecności Boga, która stanowi podstawę możliwości nieustannego z Nim kontaktu, nie uzależnionego od żadnych specjalnych czasów i miejsc, od żadnych specjalnych praktyk. Wszystko może być czynnością świętą, aktem kultu, zaś czy tym jest – zależy od prawdy naszego ducha, w którym obecny jest Duch Boży.

Owszem, wizja „Nowego Jeruzalem” bez wydzielonej świątyni, rzeczywistości której świątynią jest sam Bóg – tj. w której Obecność Boga nie potrzebuje żadnego pośrednictwa – jest wizją świata zbawionego, idealnego, do którego dopiero dążymy. Tu i teraz nie potrafimy zapewne żyć w nieustannej bezpośredniej świadomości Bożej Obecności. Zapewne potrzebujemy jakichś specjalnych znaków, czasów, miejsc, praktyk, które by otwierały nas na tę Obecność. Lecz pozostałe teksty mówią wyraźnie o tym, co już tu i teraz. Zatem już tu i teraz nieustanna otwartość na zawsze i zewsząd dotykająca nas Obecność jest możliwa. Już tu i teraz wszystkie specjalnie wydzielone „kultyczne” czasy, miejsca i praktyki warto traktować jako coś tylko przejściowego. Ideałem jest otwartość na Boga, która nie potrzebuje żadnych specjalnych praktyk „religijnych”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sprzeczności wewnątrz Biblii a wiara w Zmartwychwstanie

Gdy uważnie czyta się biblijne opowieści o spotkaniach pierwszych uczniów ze zmartwychwstałym Jezusem, łatwo można dostrzec pewne niezgodności w relacjach. Dotyczą one tak szczegółów (np. liczba kobiet i aniołów u grobu w poranek wielkanocny), jak i większych całości: Na przykład w Ewangelii Mateusza Jezus każe iść uczniom do Galilei i tam ma miejsce jedno z Nim spotkanie, zaś w Ewangelii Łukasza nakazuje nie oddalać się z Jerozolimy, i to w tym mieście (lub w jego okolicach, tj. w drodze do Emaus) uczniowie spotykają Mistrza. Dla wielu ludzi takie sprzeczności stanowią przeszkodę, by wierzyć w zmatwychwstanie. Inni bronią wiarygodności Pism, tłumacząc niezgodności w relacjach psychologicznymi mechanizmami obserwowanymi we współczesnych przypadkach zeznań wielu świadków.

Istnieje jednak jeszcze inny sposób obrony wiarygodności Pism i wiary w zmartwychwstanie. Opiera się on na uznaniu, iż intencją ewangelistów wcale nie było reporterskie zdanie sprawy z przebiegu wydarzeń, lecz że używali oni formy narracyjnej, by przekazać czytelnikom istotną treść egzystencjalną. Owszem, u źródła tych opowieści leży pewna rzeczywista historia, rzeczywiste wydarzenie/doświadczenie pierwszych uczniów. Lecz ostateczna postać ewangelii jest taka, jaka jest, by pokazać NAM (czytelnikom), że TO SAMO wydarzenie/doświadczenie jest dostępne także nam, i wskazać do niego drogę. W takiej perspektywie wszelkie niezgodności pomiędzy poszczególnymi fragmentami ewangelii nie są wynikiem słabości pamięci świadków itp.. Wynikają z świadomego, teologicznego zamiaru autorów Pism (jako wierzący, możemy dodać: z natchnienia Ducha).

Warto, moim zdaniem, spróbować w takiej właśnie perspektywie poczytać uważnie ewangeliczne narracje dotyczące zmartwychwstania i zastanowić się nad ich aktualnym, egzystencjalnym znaczeniem.

W tym wpisie nie będę przedstawiał swoich interpretacji. Nie chcę nic sugerować, zapraszam do samodzielnego myślenia. Moje myśli dotyczące jednego z fragmentów – historii uczniów idących do Emaus – będę przedstawiał w krakowskim Klubie Inteligencji Katolickiej (ul. Sienna 5), w najbliższy worek o godzinie 17-tej. Zapraszam

 

 

 

 

/p

„Odcięcie” czy obrona ojca Ludwika?

Oświadczenie w sprawie artykułu o. Ludwika Wiśniewskiego OP, publikowanego na łamach „TP” w numerach 9 i 10, wydał prowincjał dominikanów o. Krzysztof Popławski.

Treść oświadczenia została opublikowana na stronie internetowej www.dominikanie.pl. Więcej o artykułach o. Wiśniewskiego na stronie „Tygodnika Powszechnego”: tutaj i tutaj.

Podejrzewam, że było tak: po oblikowaniu przez „Tygodnik Powszechny” dwuczęściowego tekstu o. Ludwika Wiśniewskiego (a zwłaszcza jego części drugiej, w której dominikanin zadaje imiennie kilku biskupom niewygodne pytania), rozdzwoniła się komórka Prowincjała Dominikanów, a jego skrzynka mailowa została zasypana wiadomościami, w których biskupi (lub w ich imieniu kanclerze kurii bądź sekretarze) domagali się ukarania o. Ludwika. A spotkawszy się z odmową, uznawali, że jest on wyrazicielem stanowiska Prowincji. Nie mieści się im w głowie, że jakiś zakon może dopuszczać wśród swoich członków pluralizm poglądów i wolność ich publicznego wyrażania.

Są też zapewne dominikanie, którzy nie zgadzają się z o. Ludwikiem w kwestiach, które poruszył swoim tekście – i oni skarżyli się Prowincjałowi, że poglądy o. Ludwika idą „na ich konto” (a zwłaszcza, że poglądy takie przypisują im biskupi i księża spoza zakonu – którzy, jak już wspomniałem, mają trudności z uznaniem możliwości pluralizmu poglądów i wolności słowa w obrębie zakonu). O. Krzysztof wydał więc oświadczenie, które miało wyjaśnić sytuację.

Warto przeczytać je uważnie. Najpierw wyjaśnia fakt: stanowisko o. Ludwika nie jest stanowiskiem całej Prowincji – w Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego jest możliwy pluralizm poglądów. Potem zaś wzywa do „podjęcia dialogu oraz otwartej, pełnej szacunku dyskusji na temat tej publikacji” – uwzględniajmy kontekst: jest nim, jak sądzę, bezpardonowy i niemerytoryczny atak na o. Ludwika i na jego artykuł ze strony tych, których krytykuje.

Biorąc pod uwagę to, jak wyglądają układy wewnątrz hierarchii kościelnej, oświadczenie Prowincjała Dominikanów jest raczej obroną o. Ludwika niż odcięciem się od niego. Dużo bardziej zasmuca interpretacja tego oświadczenia („Dominikanie odcinają się od tez o. Wiśniewskiego”) obecna w tytule wiadomości o nim, zamieszczonej na portalu wiara.pl i – choć to mnie nie dziwi – na portalu fronda.pl…

Ortodoksja bez przyzwoitek!

Czy teologia może być rozpustna? Nawet powinna.

Wisława Szymborska napisała kiedyś wiersz o tym, że „nie ma rozpusty gorszej niż myślenie” – „rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy”, „tarło poglądów”, podczas którego „umysłowi udaje się zapłodnić umysł”, w pozycjach, których nie zna nawet Kamasutra.

Wielu ludziom (sam kiedyś do nich należałem) chrześcijańska wiara (i jej teologia) kojarzyła się jednak z niewiastą jak najbardziej przyzwoitą, którą nawet przelotna myśl o najmniejszej intelektualnej rozwiązłości napełniała trwogą i poczuciem winy. Dopiero w pewnym momencie życia odkryłem, że rozpusta myślenia panoszyła się wśród chrześcijan od samego początku.

Pełno dziś oczywiście teologów, kaznodziejów i katechetów skromnych i przyzwoitych i to oni są odpowiedzialny za przyzwoicie nudny obraz wiary i teologii. Dość rozpowszechniona jest, odnoszę wrażenie, taka oto wizja: W chrześcijaństwie wszystko, co najważniejsze jest już ustalone; Kościół wypracował precyzyjnie określony system dogmatów, w które ortodoksyjny chrześcijanin powinien wierzyć. Kościół posiada też przejrzystą strukturę – organizację urzędowych intelektualnych przyzwoitek – odpowiedzialną za to, by wszelkie pojawiające się problemy jednoznacznie rozwiązywać zanim pokusa rozpusty myślenia pojawi się w głowie niewinnych owieczek. Wierzący i poszukujący to zatem dwie rozłączne kategorie ludzi.

Chciałbym by ten blog choć trochę przyczynił się do zmiany piaru „świętej nauki” i tego, nad czym jest ona namysłem – wiary. Bo „święta” nie znaczy „świętoszkowata”. Bo wiara to poszukiwanie. Dlatego będę próbował stawiać pytania, „kopać” nawet przy „fundamentach”, szukać nowych możliwości ujęcia naszych, chrześcijańskich, „tylko-tak-a-nie-inaczej” oczywistości. I mam nadzieję, że nie będę w tym sam – wszelkie działania rozpustne są znacznie bardziej satysfakcjonujące w towarzystwie niż w samotności. Zapraszam do wspólnego myślenia.

Taka rozpusta – właśnie ona – jest jak najbardziej ortodoksyjna. Ortodoksja bez przyzwoitek!